Była sobie dorosła dziewczyna prowadząca swoje autonomiczne życie w małym mieście, wtem pojawił się książę i przewrócił jej długo hodowaną rzeczywistość do góry nogami.Zabrał ją do Pragi, żywił się jej wegetariańskim jedzeniem, znosił wszystko to, czego nawet ona w sobie nie znosiła i chodził wszędzie tam, gdzie wymyśliła. A real hero!  |
| słodkie czekanie na poznańskim dworcu |
Podróż do Pragi to ponad 10 godzin w drodze ale czego się nie zrobi dla europejskiej stolicy o której słyszało się tyle dobrego. Najlepszą opcją dojazdu okazał się polski.bus, na miejscu wysiedliśmy po 21.00, trochę połamani ale wciąż zdolni do zwiedzania. Po zakwaterowaniu i pokręceniu się po starym mieście, głodni i spragnieni wstąpiliśmy do przypadkowej knajpy na czeski zastrzyk energii. Było nim pyszne (a jakże) piwo, panierowane papryczki jalapeno faszerowane serem i krążki z cebuli (bo odmówili nam podania frytek i szpinaku bez zamówienia mięsa!?!).
Zatrzymaliśmy się w
Ritchie's Hostel w samym centrum starego miasta, w połowie drogi pomiędzy głównym rynkiem i mostem Karola. Miło tam było, czysto, cicho i przyjemnie.
Nie przygotowaliśmy się za bardzo z praskich zabytków i miejsc "must visit" ale tradycyjnie już wyposażyłam się w listę wege knajp w mieście. Happy Cow wyszukało w Pradze aż czterdzieści osiem 100% wegetariańskich lokalizacji ale niektóre niechętnie pozwalały się znaleźć. Szukanie konkretnych adresów zajmowało nam chyba połowę czasu, w pozostałym czasie wędrowaliśmy przed siebie.
Śniadanie w Country Life, system bufetowy, ważony. Na talerzach parówki w sosie na ciepło, gyros, tempeh, pyszny chleb żytni i miks surowych warzyw. Innego dnia wróciliśmy tam jeszcze na parówkę w cieście. Chodziłabym tam często gdybym miała blisko bo zdrowo i smacznie. Mojemu chłopakowi też smakowało i zachwalał ten i inne posiłki, chociaż ogólnie nie jest wegetarianinem.
Praga oczywiście zachwyciła, to takie miasto, które można odkrywać na wiele różnych sposobów i kolejności i w 3 dni nie sposób nasycić nią wzroku. Trafiliśmy na dobrą (jak na styczeń) pogodę, było lekko powyżej zera, ale - co fajne - bez natłoku turystów.
Most Karola nie jest przereklamowany!
Na drugi dzień, po śniadaniu i przekwaterowaniu do innego pokoju, ruszyliśmy na lewobrzeże Pragi, gdzie potrzeba się trochę powspinać w górę. To chyba taka piękniejsza strona miasta.
Długie chodzenie po chłodzie zazwyczaj zwieńczały posiadówki w przytulnych knajpkach, testowanie czeskich piw i destylatów. W jednym z małych pubów na ulicy Uvoz skomponowaliśmy sobie unikalną mieszankę sześciu alkoholowych smaków. Efekt, jak można się domyślić, był błogi, a godzina wczesna.
Niedaleko Uvoz, przy ul. Nerudova 36 miała mieścić się LoVeg - roślinna restauracja serwująca tradycyjną kuchnię czeską, jedna z tych elegantszych.
Zamówiliśmy zupę dnia (pomidorowo-fasolową), knedle z sosem dyniowym i smażonym tofu oraz gulasz z kostki sojowej z cebulą, do picia bio regent i hruskovice. To miejsce chyba jest dość popularne w wege pradze ale mi zdecydowanie brakowało czegoś w ich jedzeniu. Albo miałam przepalony język albo, zarówno zupa jak i drugie dania, nie były zbyt umiejętnie skomponowane smakowo i słabo przyprawione.
Za to następnego ranka wylądowaliśmy już w super smacznym miejscu na późnym śniadaniu pod gwiazdami (Lehka Hlava, Borsov 2).
Zaczęliśmy od zupy dnia i przystawki w formie sałatki kimchi z ryżem i nori, do tego woda kokosowa i piwo kaktusowe, zasadniczym dankiem był zestaw dla 2 "big clear head", czyli mieszanka różnych pozycji z karty na jednym, dużym talerzu (seitan gyros, quesadilla z wypływającym serem, szaszłyki z warzyw i tofu, chlebki pita, ziemniaki au gratin, sałatka i różne sosy). Jedzenie było idealnie przyrządzone, świeże, gorące i rozpływające się w ustach.
Czasami też posilaliśmy się w zupełnie przypadkowych miejscach, gdzie zawsze można było wypatrzeć jakąś wegetariańską przekąskę w karcie. W pewnej pustej karczmie skusiliśmy się naleśnika ze szpinakiem, pieczone ziemniaki z serem i blue cheese z pesto i czarnymi oliwkami, który odtworzyliśmy po przyjeździe w domu.
Ostatni dzień w Pradze zapowiadał się dość intensywnie bo o 10 musieliśmy się już wylogować z hostelu a do domu wracaliśmy nocnym kursem, który odjeżdża o 23.55, spędziliśmy więc 14 godzin w mieście, trochę jeżdżąc metrem na bilecie dobowym, trochę penetrując Zizkov, którego zupełnie nie udało się ogarnąć z powodu braku mapy a trochę biesiadując. Niefortunnie akurat padało.
Moim założeniem było odwiedzenie wegańskiej sieciówki Loving Hut, ta do której się doczołgaliśmy okazała się być zamknięta ale nie tak daleko akurat miało miejsce otwarcie nowego, ogromnego lokalu tej sieci z samoobsługą, jedzeniem na wagę i kilkumetrową kolejką. Zawsze mnie cieszy takie wzięcie w wegetariańskich miejscówkach.
Napakowaliśmy więc sobie pełne talerze wszystkiego, wbrew zdrowotnej zasadzie "niemieszania" i przez to nie wiem co było czym, sajgonki, kalafior w cieście, buraczki z chrzanem i jedno z fake meat były wyjątkowo dobre, zupa z grzybami mun trochę mdła ale potrzebowałam i z niej kalorii.
Wieczorem, po długim spacerze po lewobrzeżu i lekkim wyczerpaniu, zjedliśmy kolację w sympatycznej restauracji Estrella (Opatovicka 17) a potem w chaosie goniliśmy czas, żeby nie spóźnić się na busa.