
Mam coś takiego, że jak mi się w życiu coś „pierniczy”, to albo idę do fryzjera, sprzątam albo remontuję. Ze względów praktycznych (upały) wygodniej mi jest w długich włosach, więc obcięcie ich odpadało. Posprzątane było, więc został remoncik. Wymyśliłam sobie, że zrobię delikatny lifting altanki, ot takie tam pomalowanie okien, no i drzwi ewentualnie. Wybrałam się do ulubionego „męskiego” sklepu, nakupowałam pędzęlków, tacek, puszeczkę niebieskiej farby i 10 litrów białej bejcy, bo stwierdziłam, że w środku odświeżę. Zapakowałam samochód i odpalam samochód, ale Pan z obsługi sklepu coś do mnie machał. Ze względów na swój podły nastrój, byłam pewna, że pewnie świateł nie zapaliłam, sprawdziłam-były. Druga myśl, że pewnie mu się muza w samochodzie spodobała, bo akurat wałkowałam „byłaś serca biciem” Zauchy , albo że po prostu machał mi na do widzenia, bo był tak miły, w sumie wszystko mi zaniósł do samochodu. Dotarłam do domu, a że zakupy na tyle mi poprawiły humor- no i ten miły Pan 