
Wystawa światowa to brzmi... no właśnie, jak? Dumnie? W erze globalizacji wystawami światowymi, albo może bardziej współcześnie Expo, ekscytuje się niewiele osób. Ogromny konkurs piękności, na którym każdy kraj chce pokazać się z jak najlepszej strony budując pawilony i prezentując to, co uważa za najlepsze. Ot, temat dla mediów i okazja do nakręcania gospodarczych maszynek. Podejrzewam, że więcej Polaków odwiedziło Tajlandię niż choć jeden pawilon wystawy światowej...
Lecz cóż zrobić. Czy chcemy czy nie maszynka się kręci i w tym roku Expo znów się odbędzie. Tym razem Mediolan zaprasza pod nadętym nieco hasłem „Wyżywienie planety, energia dla życia”. Czyżby tematy okołokulinarne? Jak najbardziej! W ramach ogólnoświatowego wyścigu Polska przygotowała m.in. seminarium na temat technologii kosmicznych w rolnictwie (tak, tak :), pokaz mody... ale też pokazy kulinarne i, co najważniejsze, książkę kucharską arcynowatorsko zatytułowaną
Apetyt na Polskę albo
Appetite for Poland (bo jest to książka dwujęzyczna). Książka w wydaniu papierowym będzie oczywiście dostępna w polskim pawilonie. Zdarzają mi się eskapady w dziwne miejsca po książki kulinarne, ale tym razem nie będzie to potrzebne, bo wydawca, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, wspaniałomyślnie udostępnił książkę wszystkim śmiertelnikom, którzy nie zawitają do Mediolanu, w wersji elektronicznej do ściągnięcia z
polskiej strony Expo2015. Miły gest, zwłaszcza, że wszyscy się na to zrzucamy w podatkach. Zajrzyjmy więc do środka.

Publikacja wygląda znacznie lepiej niż pojawiające się ostatnio w sporej liczbie kulinarne e-booki. Budżet robi swoje i to widać. Wydawca chwali się, że książka powstała "we współpracy z uznanymi ekspertami branży kulinarnej" czyli ludźmi współpracującymi z magazynem "Usta". I to też widać - książka jest podobnie zaprojektowana i widać rękę ludzi pracujących w "Ustach". Do tego świetne ilustracje Katarzyny Bogdańskiej.
Apetyt na Polskę jest ładna, elegancko zaprojektowana, spokojna, taki można by powiedzieć książkowy "skandynawski design". Jest tylko jedno ale. Niby wszystko w porządku, niby jest ładnie i na poziomie, a jednak brakuje mi tu czegoś nowego. Wszystko już gdzieś wcześniej widziałam, gdzieś już było. Te zdjęcia talerzy czy form z chlebem trzymanych w dłoniach na wysokości brzucha (patrz: okładki książek Elizy Mórawskiej), eksponowanie tatuaży w okolicy talerzy jako kolorowy kontrast dla złamanych bieli (patrz:
Heritage albo blog Jack Monroe), czy sielsko-wiejskie zdjęcia, które mają pokazywać rustykalną Polskę - tu krajobrazik, tam krówka, obok jabłuszka... Dobry, elegancki projekt nawiązujący do ostatnich trendów kulinarno-książkowej mody, ale niestety nudny, nieodkrywczy, a może nawet wtórny. I te inicjały w kółkach kojarzące się najwyżej z Dropboxem... To trochę jak z mamoniowym "Lubię te piosenki, które znam". Nie wychylamy się. Może to wina zamawiajacego - rządowej czytaj konserwatywnej instytucji? Nie wiem.

Tyle o wyglądzie. A co z treścią? O przepisy zadbali młodzi-zdolni, ale już dobrze osadzeni w polskiej scenie kulinarnej, czyli Witold Iwański, Eliza Mórawska, Michał Gniłka, Marysia Przybyszewska, Grzegorz Łapanowski, Tomasz Trąbski. Wybór dobry i chyba niewymagający komentarza. Każdy z nich ma swój osobny rozdział, poprzedzony zdjęciem autora i krótką notką autobiograficzną z deklaracją przynależności do którejś z kulinarnych subkultur - a to weganin, a to była wegetarianka, która teraz je ryby, miłośnik produktów sezonowych (bo tanie), czy spożywczy podróżnik (bo podróże kształcą). Może czasem można by te autobiograficzne notki trochę poprawić i pozbawić toporności (bo kto chce czytać, że pomidory w sezonie są najtańsze i najlepsze, więc opłaca się z nich gotować w restauracji, bo dzięki temu cena dania będzie niższa), ale ogólnie nie jest źle.

Przepisy przeplata sześć tekstów o typowych polskich produktach (autorstwa Magdaleny Kasprzyk-Chevriaux i Małgorzaty Minty) - ryby, zboża, warzywa i owoce, nabiał, mięso i alkohole. I tu niestety pojawia się niekonsekwencja wynikająca albo z niedopatrzenia przy projektowaniu książki albo z pewnej niespójności i braku współpracy pomiędzy autorami. Mamy sześciu autorów przepisów na zmianę z sześcioma tekstami o produktach. Wszystko wygląda tak, jakby tekst odnosił się do przepisów, które go poprzedzają czyli stanowił rodzaj podsumowania tego, co w tych przepisach typowo polskie i czym chcemy się pochwalić. Czyli zgodnie z tym schematem Witold Iwański powinien był przygotować przepisy na ryby, Eliza Mórawska - zboża (co wydało mi się dość oczywistym wyborem i jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że taka była idea), Michał Gniłka - warzywa i owoce (jw.), Marysia Przybyszewska - nabiał, Grzegorz Łapanowski - mięso, a Tomasz Trąbski - alkohole. Wcale tak nie jest! Iwański nie podał żadnego przepisu na ryby, u Mórawskiej, która miała pisać o zbożach, pojawiają się klasyczne lody ze śmietanki, a w potencjalnie alkoholowych przepisach Trąbskiego alkoholu albo nie ma, albo jest to brandy czy porto (jak wiadomo typowo polskie) i to z adnotacją "niekoniecznie". Jedynym przepisem, który wg mnie pasowałby do tego rozdziału jest gołąb z soczewicą duszoną w trójniaku (1 na 8 przepisów!).

Ponieważ struktura wynikająca z projektu tej książki sugeruje taki właśnie logiczny podział, pierwszą moją myślą przy przeglądaniu tej książki było "zobaczmy co zrobili z ryb!". Niestety - odpowiedź brzmiała - nic. Hmmm... W takim razie, może Eliza Móraszkowska zrobiła coś nowego ze zbóż - lepiej, ale ziemniaki czy lody mało mi tam pasowały. Alkohole - prawie nic... I od razu w głowie rodzi się zawód, że nic się nie dowiem, przejrzę przepisy i może nawet kiedyś coś z nich przygotuję, ale dowiem się o polskiej kuchni niewiele.
Właściwie to nawet nie jestem pewna czy w tej książce rzeczywiście chodziło o promocję polskich produktów i myśli kulinarnej. Z notki na rządowej stronie o przygotowaniach Polski do Expo można przeczytać, że przepisy miałby być twórczym dialogiem między kuchnią polską i włoską, i stanowić "
nową interpretację polskiej tradycji" (uwielbiam tę biurokratyczną nowomowę). Czyli idea miała być taka, że nie żurek z kiełbasą, a kuchnia nowoczesna, lekka i kolorowa, ale inspirowana tradycją. Dobrze. Co dostajemy? Trzy pierwsze przepisy - minestrone, ravioli i carpaccio. Świetnie. Może część składników jest polska, ale czy w czasie Expo w Mediolanie musimy robić ravioli zamiast pierogów? Może i zaserwowano nam dialog kuchni polskiej i włoskiej, ale w wielu miejscach brzmi on raczej tak, jakby kucharz był Włochem i korzystał z polskiej spiżarni.

Na szczęście poza tym całym chaosem projektowo-ideowym
Apetyt na Polskę jako książka kucharska
sensu stricto może się sprawdzić całkiem nieźle. Przepisy są inspirujące, czasem proste (np. bułki z duszoną cebulą), a czasem wyrafinowane i wymagające więcej pracy. To taka
książka dla każdego - nierzucający się w oczy, prosty projekt, przepisy na potrawy znane i lubiane, ale pomysłowo "podkręcone", którymi można się pochwalić w towarzystwie. Niby dobrze, a jednak. Miało być smacznie, a pozostał niesmak ;)
Tytuł: Apetyt na Polskę