Do Osaki z Kobe jedzie się mniej więcej godzinę pociągiem. Pociągi w Japonii są naprawdę świetne
, bo można nimi wszędzie bardzo szybko i w miarę niedrogo dojechać. Bilety kupuje się w automacie, potem przechodząc przez bramki są dziurkowane, a na stacji docelowej połykane przez maszynę.
Tego dnia do naszej gromadki dołączył chłopak mojej koleżanki i we dwójkę oprowadzali nas po mieście. Było już zdecydowanie cieplej, więc chodziło nam się całkiem przyjemnie. Nareszcie poczułam wiosnę i zobaczyłam pierwsze kwitnące wiśnie!
Zwiedzanie zaczęliśmy od zamku.
Z zamku przespacerowaliśmy się do głównego punktu zakupowo- rozrywkowego: Dotonbori, czyli ulicy ze sklepami i restauracjami. Najpierw jednak poszliśmy na obiad. Padło na restaurację okonomiyaki, bo ta potrawa jest wyjątkowo słynna właśnie w Osace. Hiroshima też ma swoje okonomiyaki, ale tutaj robi się je z dodatkiem makaronu.
Okonomiyaki, czyli wszystko, co lubisz, to smażony placek składający się z kapusty, mięsa, owoców morza i innych dodatków, czyli faktycznie wszystkiego, co się lubi. Zwykle zostaje przygotowany na stole z wbudowanym podgrzewanym blatem, takim jak patelnia. Przed podaniem polewany jest specjalnym sosem, albo majonezem i posypywany przyprawami lub suszoną rybą katsuo.
Do Dotonbori dotarliśmy kiedy zaczęło się już ściemniać i to był zdecydowanie najlepszy moment. Ulice były pełne ludzi, z restauracji wydobywały się wspaniałe zapachy, a sklepy kusiły wystawami. To miejsce miało w sobie coś tak niesamowitego, że gdybym mogła, usiadłabym gdzieś z boku i przyglądała się temu, co się działo. Duże miasta mają w sobie coś, co jest dla mnie naprawdę niesamowite i nie do opisania.
Na ostatnim zdjęciu stoimy przed słynna reklamą Glico, która przedstawia biegacza przy mecie :)
Przed nami jeszcze powrót do domu i ostatnia noc w Kobe. Rano pojedziemy na trzy dni do Kioto.