Dziś chcę opowiedzieć Wam o kampanii Le Petit Marseillais, to już mój trzeci raz gdy zostałam #AmbasadorkaLPM
Nie muszę mówić, że po raz kolejny jestem dumna, że mogłam być wśród osób, które znamienicie tworzą ten wyjątkowy krąg :)
Pierwsza kampania była dla mnie cudownym doświadczeniem,
druga nieco mnie rozczarowała, bo prócz produktów dla mnie nie dostałam nic dla moich przyjaciółek.
Okazało się, że na kolejną kampanię nie trzeba było długo czekać. Pomino tego, że bardzo zachęcałam moje koleżanki, to tylko mnie udało się dostać do kampanii.
Paczuszka, w której przyszły produkty do mycia ciała jak zwykle zachwycała wyglądem. Prowansko-rustykalny styl pudełka, to coś co lubię. Każde pudełko z kampanii znajduje u mnie kolejne zastosowanie. Trzymam w nich kosmetyki, których jeszcze nie użyłam a ostatnie... sami będziecie świadkiem jak skończyło :)
Królem tej kampanii został kremowy żel pod prysznic Malina i Piwonia.
Żel zamknięty jest w prostokątnej buteleczce znanej już z pierwszych kosmetyków jakie wypuściło LPM na polski rynek.
Balsam umieszczony w buteleczce o pojemności 250 ml. Opakowanie słodko-różowe co już przyciąga do niego moją uwagę. Ma białą dużą nakrętkę i otwiera się na klik :)
W środku znajdziemy kremowy żel o mleczno białej barwie. Jest dość gęsty i bardziej balsamiczny niż żelowaty.
Obawiałam się nieco tego połączenia, bo o ile piwonie lubię i cale trzy krzaczki mam pod oknem mojej sypialni o tyle za mailinami nie przepadam. W zasadzie nic co malinowe do mnie nie przemawia.
Już po otwarciu buteleczki okazało się, że zapach jest bardzo intensywny i... przyjemny. Nic z moich domysłów o mdławym zapachu się nie sprawdziło. Zapach jest piękny i pudrowo-perfumowy a do tego lekko orzeźwiający. To zdecydowanie trafne połączenie. Dawno nic w mojej łaziece nie pachniało tak ładnie :)
Żel jest wydajny, kremowe żele z LPM mają to do siebie, że nie zużywa ich się tak szybko jak zwykłych. Już niewielka ilość wystarczy by wytworzyć dostateczną pianę.
Ogromną zaletą tego żelu, jest długotrwały i piękny zapach po umyciu :)
Kolejnym intrygującym z nazwy kosmetykiem jest krem do mycia, który ma za zadanie intensywnie nawilżyć skórę. '
Buteleczka w kolorze białym, opakowanie klasyczne dla serii mocno pielęgnujących kosmetyków LPM, zdecydowanie najwygodniejsze jeśli chodzi o formę. Idealnie dopasowane do dłoni z małym klikającym wieczkiem. Ten guziczek czasem trudno odetkać, gdy ma się śliskie i mokre dłonie pod prysznicem.
Produkt ma kremową i gęstą konsystencję, jest podobny do kremowego żelu, lecz minimalnie bardziej gęsty. Posiada również mleczno-białą barwę.
Zapach przypomina nieco miód akacjowy. Dominujący składnik bowiem to akacja, a także masło shea.
Jeśli chodzi o ten drugi składnik, to samo masło w strukturze tego kremu nie jest aż tak wyczualne.
Niestety jest to produkt, który zapachem mnie nie uwiódł. Mdlący, lekko nużący i przytłaczający zapach okazał się nie zachwycać ani mnie ani członków mojej rodziny.
Podczas kąpieli lekko się pieni, tworzy na skórze wyraźną kremową powierzchnię.
Zdecydowaną zaletą tego kosmetyku jest nawilżenie, po którym nie trzeba już używać balsamu.
Ostatni kosmetyk z kampanii to balsam do mycia, który za zadanie ma maksymalnie odżywić skórę.
Umieszczony jest w podobnej jak krem buteleczce, tyle, że kolor butelki to tym razem pudrowy róż.
Głównymi składnikami balsamu pod prysznic jest masło arganowe, wosk pszczeli i olejek różany.
Kolor produktu jest niemal identyczny jak w przypadku powyższych: mleczno-biały. Jego struktura także nawiążuje do poprzedników. Jest delikatnie lejący, ale wciąż gęsty i mocno kremowy.
Zapach produktu od razu przywodzi na myśl lekko rozwinięte pączki róży. To wzbogacony o pudrowe nuty zapach wody różanej, delikatny i dziewczęcy.
Taki zapach naprawdę do mnie przemawia.
Uwielbiam go używać przed randką :) pozostawia subtelny zapach i sprawia, że skóra staje się wyjątkowo miękka.
Podsumowując kampanię, chcę powiedzieć, że doświadczyłam kąpieli wśród trzech zdecydowanie rożnych, a jednak wyjątkowych produktów.
Każdy z nich doskonale spełnia obiecane zadanie.
Wśród nich na pewno na stałe zagości Malina-Piwonia oraz pielęgnujący balsam pod prysznic z olejkiem różanym.
Raczej nie spotkam się ponownie z kremem do mycia, tylko dlatego, że ten zapach zupełnie się do mnie nie dopasował.
Jak to dawniej bywało tym razem nie zapomniano o osobach mi bliskich i postanowiło LPM uszczęśliwić też moje przyjaciółki, ciocie i inne bliskie mi osoby.
Obiecałam też, że pokażę kto przejął moje pudełko.
Jak widzicie ja znalazłam wewnątrz świetne produkty pod prysznic a mój Bento odkrył, że pudełko może być świetną platformą do kociego prysznica. I chyba oboje jesteśmy zadowoleni :)