Dziś pokażę Wam maskę, którą w grudniu sprezentowała mi marka Garnier.
Postanowiłam, że oszczędzę Wam przerażającego widoku w masce, bo chyba nie o sam widok tu chodzi a o działanie i efekty.
Sama zresztą nie przepadam za widokiem kobiet w maskach. Ani to ładne ani niczemu nie służące.
Rozumiem wyjątki, gdzie są to jakieś maski z nadrukami, gdzie trzeba pokazać wnętrze.
Maska umieszczona jest w ładnym dla oka opakowaniu.
Jej głównym zadaniem jest maksymalne nawilżenie skóry w optymalnym czasie 15 minut.
Takie nawilżenie ma zapewnić tygodniowy efekt.
Garnier wypuszczając tę maskę na rynek wzorował się na popularnych azjatyckich maskach (o misiowej masce pisałam
TU) jednak nie jest to aż tak nowatorskie działanie, bo maski w płachtach pojawiają się na polskim rynku od rodzimych producentów, czy od zachodnich koncernów.
Maska dodatkowo zawiera ekstrakt z granatu, który ma wzmacniać efekt nawilżenia.
Maska to prawdziwa bomba jeśli chodzi o nawodnienie ;)
Mam tu na myśli jej obfite namoczenie w opakowaniu.
Płynu jest tak dużo, że wszystko pływa,
Wiedziona doświadczeniem poprzednich przygód z mokrymi maskami postanowiłam ją otworzyć nad umywalką
Wam też tak radzę zrobić
Maska składa się z dwóch warstw.
Jedna jest bawełniana w białym kolorze, druga nieco foliowa w niebieskim.
Do twarzy dokleją się białą, bawełnianą warstwę, po czym rozdziela się je od siebie i niebieską warstwę usuwa.
Na twarzy pozostaje więc tylko bawełniana warstwa.
Maska ma delikatny zapach, ale raczej pozostający bez echa.
Ani piękny, ani nieładny.
Po 15 minutach od nałożenia maskę należy zdjąć i wyrzucić.
To co zostanie na skórze, ma konsystencję serum i można wmasować je palcami.
Skóra jest fajnie nawodniona.
Myślę, że efekt ten utrzymuje się do kilku dni.
Jeśli chcecie zacząć przygodę z tą maską, to polecam kupić przynajmniej i aplikować je co 2-4 dni.
Cena : 9-10 zł
Ocena: 3/6