Ananas zapiekany w kokosowo-bananowym cieście(wegańskie)
Pod nazwą posta kryją się dwa początki. Pierwszy jest znajomy raczej większości. Dziś rozpoczęcie roku, tego nie da się ukryć. Drugi początek to początek ananasa na moim blogu. Brawa dla niego. Pojawia się tu po raz pierwszy!
Świeżego ananasa jadłam tylko dwa razy w życiu i to nie we własnym domu. Zawsze obawiałam się kupić ogromną sztukę, bo moi rodzice nie są zbyt owocowi i zazwyczaj zjadam je sama, a co ja zrobię z taką wielką sztuką? Wczoraj jednak skusiłam się dzięki przecenie z Lidla, a dzisiaj zaczęłam działać. Najpierw musiałam uporać się ze skórą i oddzieleniem twardego środka, ale powiem wam, że było warto. Może go zamrożę i tym sposobem będę mogła się nim delektować częściej? Myślicie, że ananasa można mrozić?
Śniadanie jednak jest do dopracowania. Naprawdę było przepyszne, ale z ciasta wyszedł zakalec, więc przepisem się nie podzielę. Po za tym był to raczej przepis "na oko", bez wagi czy miarki w ręku. Niemniej jednak polecam każdemu takie eksperymenty, bo dawno tak dobrego śniadania z piekarnika nie jadłam. Oczywiście pewnie smakowało mi tak, bo to pewnie ostatnie takie kiedy będe mogła na spokojnie rano coś upiec i rano delektować się nim z kubkiem mrożonej kawy.
Stres, strach i kłębiące się w głowie myśli. Co jak sobie nie poradzę? Co jeśli wezmę na siebie za dużo? Co jeśli będę miała problem, którego nie będę umiała rozwiązać? Co jeśli stracę mnóstwo cennego czego? Co jeśli choroba wróci?
Nigdy chyba jeszcze nie byłam tak pełna obaw jeśli chodzi o rok szkolny. A przecież idę do drugiej klasy! Dziękuję za to mojej szkole, która przed samym początkiem zmieniła dyrektora i planuje wiele innych rzeczy wbrew uczniom i gronu pedagogicznemu.