Pączki! Ludzie lubią pączki. Ja lubię pączki! Moja rodzina lubi pączki! Pączki są super! Robienie pączków jest super! Robienie pączków w tłusty czwartek jest super. Robienie pączków nie w tłusty czwartek jest super. Robienie pączków w dowolny dzień roku jest super! (Byle nie za często, bo wychodzi ich sporo.)
Od razu przyznaję, że jest to przepis kradziony (z lekkimi modyfikacjami) z książki kucharskiej (Ewa Aszkiewicz, "Kuchnia polska", publicat, Poznań, mam wrażenie, że książka wychodziła też pod tytułem "Kuchnia polska. 1001 przepisów"). Dlaczego? Jest taki rodzaj przepisów, gdzie proporcje są naprawdę ważne. I tak właśnie jest w przypadku pączków - jeśli mają wyjść wyrośnięte, foremne i dać się dobrze usmażyć, należy zachowywać proporcje. Nie wolno dodawać więcej cukru! Jeśli dodacie go za dużo, ciasto będzie się przypalać.
Nastraszyłam Was? No to teraz kilka słów wsparcia: pączki nie są trudne do zrobienia, tylko trochę pracochłonne. Zawsze można usmażyć partię testową. Dacie radę! Tylko BŁAGAM, przeczytajcie cały przepis przed rozpoczęciem pracy!
Składniki
500 g mąki tortowej (przesianej przez sitko!)
120 ml tłustego mleka
240 ml śmietany kremówki (36%)
8 żółtek
125 g stopionego i przestudzonego masła
4 łyżki cukru pudru
świeże drożdże (sprawdźcie, na ile starcza paczka, ja wykorzystałam pół małej kostki, ale z kostki 100 g będziecie pewnie potrzebować 1/5, zależnie od ich świeżości - im starsze, tym słabsze)
łyżeczka ekstraktu waniliowego (tego brązowego)
50 ml spirytusu
szczypta soli
konfitury (w moich pączkach były wiśniowe, morelowo-brzoskwiniowe i różane)
Przepis na maszynę
Wszystkie składniki umieszczamy w maszynie i wybieramy program wyrabianie z wyrastaniem.
Przepis na brak maszyny
W dużej misce przygotowujemy zaczyn z drożdży, letniego mleka (można podgrzać w mikrofali), łyżki cukru pudru i łyżki mąki. Kiedy zaczyn "ruszy" (zrobią się w nim bąbelki i zacznie lekko rosnąć), jest gotowy. Możemy mu dać godzinę w ciepłym miejscu, jeśli się boimy, że nasze drożdże słabują.
Do wyrośniętego zaczynu dodajemy żółtka utarte z cukrem pudrem (którego zostały trzy łyżki), lekko ogrzaną i przesianą mąkę (wystarczy potrzymać mąkę w ciepłym miejscu, np. przed kominkiem) i resztę składników. Mieszamy. Wyrabiamy, aż nam odpadną ręce. Kiedy ręce odpadną, wzywamy pomoc, która wsadzi ciasto do dużej miski, przykryje czystą ściereczką i odstawi w ciepłe miejsce (niekoniecznie przed kominkiem, ale w okolicy grzejnika może być, byle nie na nim!). Ciasto powinno urosnąć i podwoić objętość. Z godzinę-dwie mu to zajmie, bez paniki.
Ciąg dalszy dla wszystkich
Z wyrośniętego ciasta bierzemy porcję wielkości niedużego jajka (bardziej piłka do tenisa stołowego niż do ziemnego) i rozpłaszczamy ją w dłoniach. Na rozpłaszczonym cieście układamy porcję dżemu (nie może być zimny, więc lepiej wyjąć go z lodówki na etapie nastawiania maszyny/robienia zaczynu). I teraz trudna część - zlepiamy ten placuszek jak sakiewkę, żeby farsz się nie wylał i odkładamy na blat zlepieniem do dołu. Najlepiej jest też przykryć surowe pączki wilgotną ściereczką, żeby nie wysychały.
Teraz znów są dwie możliwości - albo smażymy pączki we frytkownicy, albo w garnku. Ja nastawiłam frytkownicę na temperaturę podpisaną "pączki", ale można też rozgrzać olej do temperatury 175 stopni (sprawdza się termometrem lub eksperymentalnie). Nie może go być za mało, żeby pączki nie dotykały do dna. Uwaga! Zbyt długo smażony pączek nasiąka tłuszczem - zwykle dzieje się to w zbyt niskiej temperaturze. Zbyt wysoka temperatura zagwarantuje nam za to pączki przypalone z zewnątrz i surowe w środku. Trzeba po prostu próbować.
Ważna rzecz - tradycyjnie pączki smaży się na smalcu. Ja smalcu nie jem (tak jak nie jem mięsa, które nie mieszkało w morzu/rzece/stawie, foki, wieloryby i pijawki się nie liczą), więc smażę na mojej wypróbowanej fryturze - bezzapachowej i bezsmakowej. I nie obchodzi mnie, że to jest nietradycyjne. Tradycyjnie to się kotki z bazi na Wielkanoc łyka, a jakoś nikogo nie boli, że zwyczaj zanika (rym niezamierzony).
Pączki smażymy tak długo, aż uzyskają kolor pączkowy (złoto-brązowy, ale nie ciemnobrązowy). Wtedy szturchamy delikwenta patyczkiem (wykałaczką, ale długą, jak do szaszłyków!), żeby się obrócił. Ja nie jestem wielką fanką jasnej obwódki, lubię pączki okrągłe i bez obwódki, więc je "podtapiam", żeby obwódki nie było. Kiedy pączek z obu stron nabrał koloru, wyciągamy go i kładziemy na ręczniku papierowym (łudząc się, że przez to nie będzie tak kosmicznie tuczący). Jak trochę się odsączy i przestygnie, przekładamy w miejsce docelowe (mam na myśli talerz, paterę lub półmisek, a nie paszczę) i posypujemy cukrem pudrem. Voila!
Na zdjęciu jeden z domowych pączków - całkiem nieduży, co widać, bo owoce w środku to wiśnie z dżemu. Naprawdę ciasto było takie żółte, 8 żółtek coś dało!