Gruba warstwa masła na wypieku z pszennej mąki.
Rzecz przeklęta przez kardiologów, gastroenterologów, diabetologów, dietetyków, osobistych trenerów.
Wczoraj zobaczyłam w internecie okładkę TIME i
ten artykuł i uśmiechnęłam się pod nosem. W Stanach, gdzie ogromnym problemem społecznym jest zespół metaboliczny, ludzie nagle odkryli, że przez wiele lat niepotrzebnie ograniczali spożycie tłuszczu? Doniesienia "amerykańskich naukowców" jak zwykle skłaniają do refleksji...
Gdy mam w domu ciemny chleb z milionem nasion, nie wpadnę na pomysł, żeby posmarować kromkę ogromną ilością masła. Nic jednak nie poradzę na to, że pasuje mi ogromnie na pszennym, białym pieczywie i cieście drożdżowym. Jestem raczej chudziakiem i mogę od czasu do czasu pozwolić sobie na odrobinę rozpusty. A przecież jeśli coś mi bardzo smakuje, to znaczy, że jest dla mnie dobre! Kawałek drożdżowego ciasta (o zgrozo, jeszcze ciepłego, podobno tak też nie wolno!) to najlepsza rzecz pod słońcem.
Ciasta drożdżowe to bardzo szerokie pojęcie; jedne są zbite i dają się kroić na regularne kawałki, inne-jak chałka- są bardzo delikatne i takie właśnie najbardziej lubię. Ta drożdżówka to takie pyszne, śniadaniowe ciasto, lekkie jak brioszka, lekko słodkie. Chrupiące na górze i mięciutkie w środku.
A egzotyczne dodatki znalazły się na nim zupełnie przypadkiem; trwa opróżnianie szafek kuchennych przed wakacjami i wyjadanie zapasów. I zamiast pobiec na Jeżycki po świeże truskawki albo rabarbar, postanowiłam wykorzystać puszkę ananasów i mleczko kokosowe, które kiedyś kupiłam do zapiekanej owsianki, ale jakoś ciągle odkładałam ten pomysł na później. Aż chęć ich zużycia zbiegła się z potrzebą wykorzystania leżących w lodówce drożdży.
Ciasto można zrobić w mniej ekscentrycznej wersji, z budyniem śmietankowym na zwykłym mleku i z sezonowymi owocami, albo z samą kruszonką.
Przepis mój, osobisty.