Plusem bycia blogerką kulinarną jest to, że tłusty czwartek jest szybciej, a czasem kilka razy.
W tym roku był rekord. Trwał 5 dni. Część przepisów na bloga, a cześć poszło w ''świat papierowych kolorowych obrazków'' ;)
Pączki kojarzą mi się z emaliowanym garnkiem (do połowy przypalonym). To taki garnek tylko do głębokiego smażenia. Z kuchnią westfalką. Zapachem drewna, dużą kuchnią i moją mamą. Jednym słowem z dzieciństwem. Mama robiła najlepsze pączki w całej okolicy. Teraz ja buduje swoja markę ;)
Przepis który mam jest bardzo stary, znalazłam go w zeszycie mamy.
Składniki:500 g mąki
6 żółtek
4 łyżki cukru
150 g masła
60 g drożdży
3/4 szklanki mleka
dobry kieliszek spirytusu lub innego mocnego alkoholu
konfitura do nadzienia
Drożdże rozetrzeć z łyżeczką cukru i 3 łyżkami ciepłego mleka.
Jajka utrzeć z pozostałym cukrem na puszystą masę.
Masę jajeczną połączyć rozczynem . Dodać mąkę i resztę ciepłego mleka. Wyrabiać ciasto, a gdy zacznie odstawać od boków miski, wlać roztopione letnie masło i alkohol. Ponownie dobrze wyrabiać.
Wyrobione ciasto przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce, aby podwoiło swoją objętość.
Gotowe wyrośnięte ciasto wykładamy na stolnicę. I teraz są dwie szkoły. Można formować małe kulki rękoma, lub rozwałkować lekko ciasto na stolnicy i wycinać szklanką placki (tak jak przy oponkach)
Ja wolę tą drugą metodę. Jest szybsza i pączki mają tą samą wielkość. Wycięte placki zostawiamy na ok 30 min aby nam ponownie podrosły.
Po tym czasie smażymy na tłuszczu z obu stron na złoty kolor.
Ja nadziewam usmażone już pączki. Pozwala to zapobiec wylewaniu się konfitury podczas smażenia.
Jeszcze ciepłe lukrujemy lub posypujemy cukrem pudrem.
Smacznego!