Kiedy pytają mnie, czy do rozwodu telewizyjnej Dwójki z Robertem Makłowiczem musiało dojść, odpowiadam – musiało, skoro doszło.
To musiało się tak skończyć, bo Robert Makłowicz został postawiony w sytuacji tak kłopotliwej, że nie sposób znaleźć z niej prostego wyjścia. Skoro wyjęto mu z ust kilka słów a następnie, przemieszawszy je dowolnie, wrzucono je między wypowiedzi twarzy programu informacyjnego, który budzi skrajne emocje natury politycznej, oprawiając całość w ramy reklamówki wiosennej ramówki, zareagować jakoś musiał. Za reakcją poszło pismo, bo skoro gwiazda stacji z ową stacją nie chce się utożsamiać, to stacji nie pozostaje nic innego jak rozstać się z gwiazdą. Wróć! Może jeszcze gwiazdę pozwać do sądu! Zaś sam spot, o którym mowa zmontowano tak:
YT1
Sprawa błyskawicznie zyskała rozgłos, a w sieci zaroiło się od spekulacji i klikbajtowych tytułów. Który portal plotkarski nie poderwałaby choć strzępka takiej informacji? Która tania blogerka nie skorzystałaby z okazji, aby wytrzeć sobie gębę znanym nazwiskiem? Nazwiska się klikają, więc co bardziej ogarnięta kleci pościk, wrzuca na fejsa, włącza promo, wciąga kreskę i szczytuje po trzykroć przy każdych kolejnych trzech lajkach, o czym zawiadamia fanów, odklikując i licząc na kolejne!
Nic zatem dziwnego, że wkrótce w przestrzeni medialnej powstał lekko woniejący zlepek dezinformacyjnej bzdury, z którego wyzierały przeróżne pogłoski, jak choćby ta o rzekomym ukartowanym wcześniej przejściu Roberta Makłowicza do innej stacji. Co więcej, niewielu pokusiło się o sprawdzenie medialnych doniesień u źródła. Ja znalazłem tylko jednego vlogera, który postanowił zgłębić kulisty zamieszania i osobiście skontaktował się w tej sprawie z Robertem Makłowiczem. Oto ich rozmowa:
YT2
Nie znalazłem za to zupełnie nikogo, kto zainteresowałby się ekipą programu, która w sile kilkudziesięciu osób oddawała swoje umiejętności, czas i energię, aby w niedzielne południe coś koło miliona widzów mogło odbyć kulinarną telepodróż z Robertem Makłowiczem. Wbrew jeszcze innym pogłoskom Robert Makłowicz nie traci pracy w TVP, bo nigdy pracownikiem telewizji nie był – miał kontrakt, na podstawie którego przygotowywał program. Za to towarzysząca mu ekipa pracę traci en masse. Co prawda sam Robert Makłowicz nie jest jeszcze pewny, czy po niefortunnych przejściach z telewizją publiczną chciałby przygotowywać kolejne odcinki swojego programu dla jakiejś innej telewizji, ale pewnie po pewnym czasie zobaczymy go na ekranie innej stacji. Za to operatorzy kamer, dźwiękowcy, montażyści, reasercherzy pewnie do tych czasów nie dotrwają. Tymczasem im też należą się słowa podziękowania!
Dobrą okazją do ich wyrażenia będzie najbliższa niedziela. Od godziny jedenastej, czyli w porze, w której od niemal 20 lat na antenie TVP2 emitowano kolejne odcinki najpierw „Podróży kulinarnych Roberta Makłowicza” a następnie „Makłowicza w podróży”, przed główną siedzibą TVP przy Woronicza 17 w Warszawie, odbędzie się facebookowy happening „Wielkie gotowanie pod siedzibą TVP”, w zamierzeniu organizatorów mające stanowić przejaw solidarności ze schodzącym z ekranu Robertem Makłowiczem. Zwolennicy wydarzenia nie mogą się nań doczekać i już odpalają swoje turystyczne kuchenki. Przeciwnicy wytykają zaś organizatorom trywialny charakter happeningu i nieskuteczność jego formy. Sam Robert Makłowicz zaznaczył, że na wydarzeniu się nie pojawi, bo sędzią we własnej sprawie być nie zamierza, choć duchem z fanami pozostanie.
Cóż, stało się i się już nie odstanie, w myśl kultowej odpowiedzi na pytanie, czy do stanu wojennego musiało dojść: musiało, skoro doszło. Porządkując fakty warto jednak pamiętać, że był to rozwód telewizyjnej Dwójki z Robertem Makłowiczem a nie Roberta Makłowicza z Dwójką. To z telewizji przesłano do Roberta Makłowicza pismo z wypowiedzeniem a nie na odwrót. Nie mogę też przy tej okazji powstrzymać się przed porównaniem całego zajścia z głośnym rozstaniem Jeremiego Clarksona z BBC. Tu też nie tylko nie pomogły masowe protesty fanów, ale i nic nie dało późniejsze złagodzenie stanowiska samego BBC, poniekąd spowodowane odsieczą księgowych, którzy w panicznym tańcu liczb prezentowali milionowe straty, jakie stacja poniesie bez najlepszego prezentera motoryzacyjnego wszech czasów. Jeremy Clarkson po prostu nie chciał już wrócić i tyle. Stare powiedzenie, które głosi, iż dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, zilustrował wkrótce zamaszystym podpisem na milionowym kontrakcie z Amazon Prime.
YT3
Tak to z gwiazdami bywa – gasną, ale czasami tylko na chwilę, by potem rozbłysnąć światłem jeszcze większym, choć już na innym firmamencie.

Robert Makłowicz, Artur Michna (Gruczno)