Mam wrażenie, że Kraków oszalał na punkcie niedawno otwartej restauracji Pino, bo słyszę lub czytam o niej co krok (a jeśli czytam, często zachwytom towarzyszy rząd serduszek ♥). Na samym Facebooku ma już rzeszę oddanych fanów – ponad dwa tysiące czterystu. Wygląda na to, że lokal powstały w miejscu dawnego Roostera przyciąga gości przede wszystkim bardzo dopracowanym, designerskim wnętrzem. Ja natomiast poszłam sprawdzić, czy Pino dobrze karmi.
Czerwona cegła, beton, ciepłe drewno i brązowa skóra, do tego kolorowe krzesła, klimatyczne oświetlenie i piękne biało-błękitne kafelki w otwartej kuchni. To industrialno-rustykalne wnętrze dwupoziomowego Pino niewątpliwie wyróżnia się na tle innych restauracji w mieście. Nie są to może do końca moje klimaty, ale muszę przyznać, że salka po lewej z wysokim sufitem i przeszkloną ścianą od pierwszej chwili bardzo mi się spodobała.
Od momentu wejścia do Pino nikt nie zwrócił na nas uwagi. Menu leży na każdym stole, więc na kartę czekać nie musieliśmy, ale minęły wieki, zanim ktoś zechciał przyjąć zamówienie. Obsługująca nas pani była chyba nowa w tej branży – dwukrotnie nie przyniosła sztućców (do przystawek i dań głównych), do tego sprawiała wrażenie zmieszanej i niepewnej tego, co robi – jakby była na jednorazowym zastępstwie.
W menu prawdziwy misz-masz: makarony, burgery, pizze, stek, owoce morza, sałatki… W ramach przystawki decyduję się na karmelizowany kozi ser z szynką długodojrzewającą z marynowanymi burakami i dressingiem z granatu (21 zł). Ten estetycznie podany starter zachwycił od pierwszego kęsa, bo był idealnym przykładem na to, jak harmonijnie można połączyć smak słodki ze słonym. Ser był doskonały sam w sobie, a z delikatną warstewką cukru, jędrnymi burakami, granatem i obfitą ilością świetnej jakości szynki tworzył prostą, lecz genialną przystawkę. To jedno z tych dań, na które się wraca.
Marynowany w oleju lnianym śledź bałtycki (17 zł) był pyszny, mięsisty i pełen smaku, natomiast o sałatce z pikli można zapomnieć, bo w zasadzie niczego do tej przystawki nie wnosiła, tylko przy okazji oszpeciła trochę talerz brakiem pomysłu na jej prezentację, z kolei jajko w koszulce gotowało się ciut za długo, psując efekt finalny.
Co dalej? Pod lupę poszło jedno danie mięsne i jedno rybne. Pieczone żeberko wieprzowe (34 zł) zamówione przez osobę towarzyszącą wyróżniało się interesującym, intensywnym pomidorowo-miodowym sosem. Samo mięso przygotowane było w punkt – soczyste, łatwo odchodzące od kości, po prostu bardzo smaczne. Do niego podano słoiczek sałat z nudnym winegretem i cieciorką, i ziemniaki, które pieczone na pewno nie były, jak obiecywało menu, bo przy nacisku widelca wypływał z nich tłuszcz.
Moje danie – pieczony filet z makreli (29 zł) – było pełne sprzeczności. Z jednej strony fenomenalny sos (a właściwie mus) jabłkowy świetnie podkręcony curry, z drugiej bardzo intensywna w smaku makrela, przy której jednak zbladł ten wspaniały dodatek. Ziemniaki (tym razem pieczone, jak obiecywało menu) i zielone warzywa były niezłe, choć mogłabym przyczepić się do tego, że były trochę nierówno ugotowane. Z kolei przy mulach zachciało mi się płakać, bo nigdy nie jadłam tak źle przyrządzonych owoców morza. Jeden był po prostu straszliwie suchy, drugi gumowaty, a trzeciego właściwie nie było (tylko jakieś strzępki). Może czarne muszle miały pełnić funkcję dekoracyjną?
Naprawdę chciałam zakończyć tę wizytę pozytywnie, więc pełna nadziei skusiłam się na coś słodkiego. Porzeczkowe tiramisu (14 zł) to po prostu słoiczek z biszkoptem, mascarpone, sosem porzeczkowym, porzeczkami i kruszonką. Przez chwilę sprawił, że zapomniałam o koszmarnych mulach i znowu delektowałam się czymś ciekawym – nie wiem, czy wciąż można ten deser nazywać „tiramisu”, ale ważne jest, że był smaczny i nieco inny niż wszystkie, a za nowe pomysły na desery krakowskim knajpom zawsze daję sporego plusa (ciasto z pasternaku z lodami z koziego sera czy rabarbarowe crumble też brzmią obiecująco).
Pino istnieje już ponad dwa miesiące, więc to nie jest kwestia rozkręcania się; dania są ewidentnie nierówne – dawno podczas jednej wizyty nie miałam tak sprzecznych wrażeń. Wszędzie widać jednak przebłyski dużego potencjału – pytanie tylko, czy w tak zróżnicowanej karcie i tak ogromnym wnętrzu jest on w stanie naprawdę się rozwinąć?
Szef kuchni: Krzysztof Salawa
Plus: wyróżniające się wnętrze, ciekawe desery, świetna przystawka z koziego sera.
Minus: nieogarnięta obsługa, nierówne dania.
Polecam na: wyjście z przyjaciółmi.Adres: ul. Szczepańska 4 | mapa | FB | wwwŚrednia ocena: 3.75 na 5. Jedzenie – 3.5/5 Obsługa – 3/5 Wnętrze – 4.5/5 Ceny – 4/5
Bądź na bieżąco: