Robię postępy i dziś po raz drugi od wypadku wybrałam się sama na prawdziwe zakupy. Doceńcie możliwość robienia zakupów spożywczych, serio. Dla ludzi niepełnosprawnych to prawdziwe wyzwanie, ale i - przynajmniej dla mnie - wielka przyjemność, która wiąże się nie tylko z kolejnym krokiem w rekonwalescencji, ale też możliwość kupienia czegoś, co nie przychodzi nam do głowy, gdy robimy listę zakupów dla rodziny czy przyjaciół pomagających nam w biedzie. Przechodząc przez dział warzywny zobaczyłam piękne sałaty rzymskie, gdy okazało się, że dziś są w promocji, nie mogłam się oprzeć. Szybkie szacowanie, czy zmieści się do plecaka z innymi potrzebnymi produktami i wylądowała w torbie (przy okazji apel do ludzi o mocach decyzyjnych w samach: pomyślcie o koszach podobnych do siatek, by mogli z nich korzystać ludzie poruszający się o kulach, bo ani typowych koszyków, ani koszyków z kółkami, ani wózków użyć nie możemy). Pomyślałam najpierw o sałacie Cezara, ale w sklepie mięsnym zobaczyłam piękne wędzone piersi kurczaka (nie takiej w folii i jakiejś chemicznej zalewie) i to na nie padł ostatecznie wybór. I tak powstał pomysł na tę sałatę... Cezar poczeka ;)

Składniki:
5 dorodnych liści sałaty rzymskiej
ok. 10 dag wędzonej piersi kurczaka
4 rzodkiewki
ćwiartka żółtej papryki
2-3 łyżki oliwy
łyżka octu jabłkowego
- Liście sałaty i rzodkiewki opłukać i osuszyć. Pokroić na kawałki.
- Pierś, rzodkiewki i paprykę pokroić na kawałki (wielkość według uznania).
- W salaterce umieścić najpierw sałatę, potem kolejno: pierś, rzodkiewki i paprykę.
- Tuż przed podaniem skropić oliwą i octem.
Łatwizna? Ale jaka dobra! :)
-----
Podobne:
"Pani na Hruszowej" Jadwigi Skirmunttówny to historia Marii Rodziewiczówny opowiedziana przez jej wieloletnią (25 lat ostatnich lat Pisarki) towarzyszkę życia.
Poruszające są wspomnienia, gdy kobiety musiały opuścić dotychczasowe życie i dom z powodu zbliżającego się wojska zajmującego majątki ziemskie. Czas "warszawski" z początku sielankowy w czasie II wojny światowej zmienił się w koszmar poszukiwania przez autorkę (Rodziewiczówna była już schorowana) bezpiecznego lokum w niszczonej stolicy.
To książka, której nie mogło zabraknąć w moim zestawie lektur, bo - jak wiedzą Czytelnicy tego bloga - do Rodziewiczówny mam szczególny sentyment, jako że za sprawą Taty czytam jej książki od bardzo wczesnego dzieciństwa (druga lub trzecia klasa szkoły podstawowej), niektóre nawet po kilkanaście razy ;)
Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że postać Rodziewiczówny jest w tej książce nadmiernie idealizowana. Kobieta, która sama zarządzała majątkiem w tamtych trudnych czasach, nie mogła być - moim zdaniem - ciepłą kluską. Z innych źródeł wiem, że życie jej nie rozpieszczało od najmłodszych lat - przez kilka pierwszych lat była wychowywana przez dziadków (rodzice zostali zesłani na Syberię za pomoc powstańcom styczniowym), rodzinie się nie przelewało do czasu objęcia majątku Hruszowa na Polesiu. Skończyła tylko 5 klas w szkole prowadzonej przez siostry Niepokalanki, bo rodziny nie stać było na jej kształcenie, a i ojciec poważnie zachorował. Po śmierci ojca zajęła się gospodarstwem i musiała jakoś wiązać koniec z końcem, bo spadły na nią długi i zobowiązania ojca, ale też musiała spłacić rodzeństwo przejmując majątek. W wieku dwudziestu kilku lat ścięła włosy (XIX wiek!) i zaczęła się ubierać w krótsze spódnice i męskie marynarki. I ten "styl" utrzymała do śmierci w 1944 roku. Czy taka kobieta mogła być ciepłą i nijaką, jak ją nakreśliła Skirmunttówna?


