Patrzę przez okno i widzę bloki. W oddali gdzieś. Mają pomarańczowe oczy i są jak migoczące świecidełka na nogach egzotycznej piękności. Zapada zmrok w tym dziwnym mieście nad rzeką Wisła. Zastanawiam się nad tym skąd jestem i ile mnie tej nadodrzańskiej zostało. Jakiś zapach czekolady wplątany we włosy? Oddech Bałtyku na skórze karku? Bliskość B.? Zastanawiam się. Patrzę na bloki i przypominam sobie jak patrzyłam na bloki przez okno mojego pokoju. Nie lubiłam tamtego widoku. Widziałam latające samoloty i ciągle marzyłam żeby w nich być. Żeby być panią samej siebie. Żeby nie być tu. Wychodziłam w mrok i popalałam tanie papierosy. Zagryzałam papierówką zerwaną z drzewa koło takiego pustostanu. Szła jesień, a ja marzyłam o miłości. I zawsze się zakochiwałam.
Potem na krótko był widok londyński. Na głośną ulicę. Lubiłam go. Widziałam z okna londyński pub. Nie miałam pieniędzy. Czasami pieszo szłam na Camden Town. Nie myślałam. Nie wiedziałam kim jestem ani kim będę. Nie zastanawiało mnie to. Moje serce biło dla kogoś zostawionego w Polsce i bardzo chciałam wrócić.
Potem widok krakowski. Jeden. Ten okropny, na strzeżony parking. Na beton, który mienił się luksusowym. Przybijało mnie to miejsce, które uważałam za swój dom. Za nic bym tam nie wróciła.
Potem kolejny. Widok na ulicę. Nie lubiłam go. Czułam się tam jak w krypcie.
A teraz ten. I uwielbiam go. Jestem jak w wysokim fotelu i macham nogami. U stóp mam miasto, widzę jeden z kopców. Życie jest ale na dole i w bezpiecznej odległości. Patrzę na lecące samoloty i nie marzę żeby w nich być. Nie marzę by lecieć donikąd. Dobrze pamiętam co robiłam dokładnie rok temu w czwartek. Byłam w miejscu, które już nie istnieje, a pewien mężczyzna trzymał swoją dłoń na moich plecach i obejmował mnie pod pretekstem powiedzenia czegoś na temat piosenki, którą akurat grali, bo to był koncert. Wiedziałam wtedy kim jestem. I nie wiedziałam co będzie dalej.
Dziś, dziś wyobrażam sobie, że jestem na Kuddamie i padają wielkie płatki śniegu. Że jem chińskie kluski. Dziś wyobrażam sobie, że mróz szczypie mnie w nos i robisz sobie ze mną zdjęcia w fotobudce gdzieś w okolicach Kreuzbergu. Że w dłoni ważę worki z soczewicą. Że Ubahn mruczy swoje wieczorne opowieści, śmierdzi sikami i dymem papierosowym, że oglądamy witryny dziwnych małych sklepików. Wyobrażam sobie, że jestem tam tak naturalnie jak zawsze się czuję. Jestem tam tak, jak moje serce jest w mojej klatce piersiowej. Ciężko to wytłumaczyć ale ono jest tam od zawsze. Ja i B. pasujemy do siebie jak dwa kawałki puzzli. To miłość, która nie puszcza. Zagryzam zęby z tęsknoty. W grudniu minie rok. Marzę, marzę o tym, żeby być tam i na chwilę, którką chwilę znów poczuć się w idealnej harmonii.
Dziś wiem kim jestem i nie wiem co będzie dalej. Jak dwa lata temu. I boli mnie, i uwiera. I dech tracę. Planuję, myślę, pracuję, padam. Zasypiam. Nie daję rady, nie dbam o siebie. Walczę, przewracam się, wstaję. Płaczę, krzyczę, warczę, gryzę. Kocham, śmieję się. Mam dość. Zastanawiam się czy są gdzieś ludzie, którzy czują podobnie, mają jak ja. Zastanawiam się czy mi się uda. Chwale się, ganię się. Przepraszam się. Padam sobie w objęcia. Jestem na siebie wściekła.
Jestem wykończona. Przyszła jesień. Chcę kochać i palić papierosy. Nie wiem już sama co gorsze.
Czarny robal zżera mnie od środka. Wiem, że czasu jest mało. Wiem, że za chwilę może nic nie zostać. Boję się, że nikt nie rozumie o co mi chodzi. Boję się, że jestem z tym wszystkim sama i że tak smakuje starość i samotność, że to taka skala mikro.
Odnawiam przysięgę samomałżeńską i obiecuję sobie być silna. Padam spłakana na łóżko jak dziecko. Zasypiam wyczerpana. Obiecuję sobie, że dam radę.
W mojej spokojnej duszy rozpalił się ogień. Ogień wielkiej niezgody i gniewu. Mówię sobie, że realizowanie swoich przekonań i marzeń może być jak religia albo światopogląd. Że nie mogę myśleć po prostu moim obowiązkiem jest robić to co należy zrobić i wziąc wszystkie tego konsekwencje.
Przestałam pytać innych o pozwolenie. Dałam sobie samej pozwolenie. Do błędów. Do bycia beznadziejną. I cudną. Mam dosyć drogowskazów. Mam dość mądrości wygłaszanych przez ludzi, których życie w niczym nie przypomina tego, o którym ja dla siebie marzę.
Boję się, ogromnie boję się. Aż się trzęsę z tego strachu. Jestem miękka i rozgotowana. I kocham siebie za to, że umiem się do tego przyznać. Jestem bezbronna i nieosłonięta. Łatwo mnie dziś podrażnić. Nie umiem się obronić.
O czym marzę? O dużym szaliku. O słonych pocałunkach. O zakochanych oczach. O oddechu. Odwadze. Odwadze, odwadze. O śmiałości realizowania swojej wizji, nawet kiedy wynik nie jest pewny.
O Berlinie. O uścisku tego miasta, które działa na moją duszę jak plaster. Nie chcę płakać w Jaguarze. Dajcie mi płakac w Berlinie.
O Tobie. Że będziesz teraz dość silny, żeby w milczeniu przyjąć moją słabość. W czułości. Choć prosić o to, to wiele.
Tak, to dlatego ostatnio nie piszę. A teraz jeszcze tylko trzy słone łzy i zabieram się za kolejną pracę. Dużo pracuję ostatnio. Ale nie pamiętam już co chcę kupić. Chyba... wolność?
Zmęczona jestem.