Gdy zdecydowaliśmy się z C. na kupno domu, przeglądając ogłoszenia szybko stwierdziliśmy, że musimy ustalić jakieś kryteria. Ogłoszeń bowiem jest cała masa; większość zupełnie nas nie interesowała, nie było więc sensu tracić na nie czasu. Tym sposobem stworzyliśmy dość długą listę naszych wymagań; niektóre z domów, które zdecydowaliśmy się obejrzeć, nie spełniały ich wszystkich, ale miały w sobie coś czarującego, co sprawiało, że i tak mieliśmy ochotę zapoznać się z nimi bliżej. Jeden miał cudowne półokrągłe okna, ale okazał się niesamowicie brudny i za mały, a jedna łazienka po prostu nie ma racji bytu. Kolejny był piękny, z drzwiami i ramami okiennymi z ciemnego drewna, rustykalny i przytulny. Jednak znów tylko jedna łazienka i schody na piętro, które mogłyby konkurować z niejedną drabiną. Mogłabym tak wymieniać długo, bo całkiem sporo wycieczek w celu oglądania domów odbyliśmy.
Skupmy się jednak na naszej liście: dwie łazienki, w tym jedna z wanną lub możliwością jej wstawienia; duża, jasna kuchnia, koniecznie z miejscem na stół; duży, a jednocześnie przytulny salon, obowiązkowo z kominkiem. Dom, który po miesiącach dylematów w końcu kupiliśmy ma to wszystko. A nawet więcej. Jednak to kominek był tym, co intrygowało mnie najmocniej.
Wychowałam się w bloku, nigdy kominka nie miałam.
Przeprowadzaliśmy się w czerwcu; upały moje myśli od kominka skutecznie odsunęły. Gdy jednak w ostatni wrześniowy weekend pogoda nagle się zepsuła, deszcz nie pozwalał na dłuższy spacer z Ptysią, a wiatr szumiał wśród ostatnich liści na naszej jabłonce, namówiłam C. na rozpalenie w kominku. Tak naprawdę określenie namówiłam nie oddaje w pełni zaistniałej sytuacji; ja tylko wspomniałam, że mógłby to być całkiem niezły pomysł, a C. już biegł do szopki po drewno. Tym sposobem popołudnie spędziliśmy na sofie, opatuleni kocykami, z kubkami gorącej herbaty w zasięgu rąk, wpatrując się w wesoło trzaskający w kominku ogień. Gratulowałam nam obojgu gorąco nieustępliwości w szukaniu domu idealnego; kominek bowiem zapewnia zupełnie inny rodzaj ciepła niż kaloryfery. To ciepło, które rozgrzewa duszę. Nie można go porównać z niczym innym; no może z ciepłem piekarnika, gdy w środku piecze się cynamonowe ciasto ze śliwkami...
Sezon na śliwki trwa w najlepsze, ten na figi powoli się kończy. W międzyczasie zobaczyłam u
Komarki przepis na bajecznie proste i niesamowicie kuszące ciasto z letnimi owocami. Przerobiłam go więc po swojemu, dodałam nieco cynamonu, żeby nabrało bardziej jesiennego charakteru, a na wierzchu ułożyłam fioletowe dary jesieni. Pachniało tak, że nie mogłam się doczekać, żeby wreszcie je pokroić. Okazuje się, że połączenie cytryny z cynamonem jest zaskakująco trafione - mimo, że pozornie do siebie nie pasują, uzupełniają się w nieopisywalny sposób. Do tego soczyste owoce, i uwierzcie - nie można się od tego ciasta oderwać.
Po prostu musicie tego spróbować!
Cytrynowo-cynamonowe ciasto ze śliwkami i figami
Składniki:
(na tortownicę o średnicy 19 cm)
- 200 g mąki pszennej
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1 łyżeczka cynamonu
- 2 jajka
- 150 g cukru
- skórka otarta z 1 cytryny
- 200 g creme fraiche (18%)
dodatkowo:
Mąkę przesiać z proszkiem do pieczenia, wymieszać z cynamonem.
Jajka ubić z cukrem i sokiem z cytryny na puszystą, jasną masę. Dodać śmietanę, a następnie partiami dodawać mąkę.
Masę przełożyć do wysmarowanej masłem tortownicy. Na wierzchu ułożyć przekrojone na pół figi i śliwki bez pestek.
Piec w 180 st. C. przez 45-60 minut, do suchego patyczka.
Ostudzić w formie.
Smacznego!
Nie wiem, jak to się dzieje, że niektóre przepisy, choć kuszą mnie ogromnie, czekają całymi latami na wypróbowanie. Inne po prostu rozgaszczają się w mojej kuchni natychmiastowo, robią się wręcz same. Tak było z tym ciastem - kilka minut roboty, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.
Spróbujecie...?