Taaa... Jak zaczynać to z przytupem. Od samego początku roku, po spektakularnym zdobyciu pozwolenia na budowęi wielkich planach nabrania rozpędu, najzwyczajniej w świecie nas zeżarło. KonQbek spędza po trzynaście godzin w pracy, ja siłowałam się z testami i ocenami, co oznaczało kompletny brak weekendów. Na koniec dorwała mnie jakaś bakteria, z którą z resztą, wraz z termoforem i kocykiem, wciąż dzielnie walczę. Efekt? Ostre hamowanie. Stąd dzisiejszy post nie będzie o postępach budowlanych, przygotowanym jedzeniu czy pracy w ogrodzie. Nie.
Dziś będzie zielono i terapeutycznie. Wspomnimy wakacje i naszą wizytę w Ogrodzie Botanicznym w Berlinie. Jednym z trzech najbardziej znaczących ogrodów botanicznych na świecie.
Wyjątkowo nie po drodze było nam z wakacjami w poprzednim roku. Plany się rozsypywały i przegrywały z jedną kwestią- "a co z budową?". Koniec końców, kiedy mieliśmy już wolne, okazało się, że nie mamy wielu opcji. Na szczęście mama konQbka zgodziła się nas przyjąć pod swój dach, więc spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy do Hamburga. No, może nie od razu, bo samochód postanowił się zepsuć dzień przed wyjazdem, ale przecież jeśli o nas chodzi to bez komplikacji się nie da.
Po drodze na północ postanowiliśmy zajrzeć do Berlina i zobaczyć tamtejszy Ogród Botaniczny. Główną motywacją były ogromne szklarnie, które bardzo chciałam zobaczyć. Drugie po szklarniach w angielskim Kew Gardens, które wciąż (i przez parę jeszcze lat) są w remoncie. Te berlińskie odrestaurowano całkiem niedawno, są już pięknie zarośnięte i zdecydowanie warte zobaczenia. Ale po kolei.
W Berlinie byliśmy około południa i dzięki dzikiemu szczęściu konQbka udało się nam bezpłatnie zaparkować tuż przy bocznym wejściu do ogrodu. Kupiliśmy bilety i wyruszyliśmy.
Pierwsza zwiedzona przez nas część ogrodu to były właściwie nasadzenia typowo parkowe- alejki wśród drzew, staw i obszerne trawniki. Nas zaniosło do ogrodu różanego, który w sierpniu nie był może w swojej szczytowej formie, ale wciąż zachwyciło mnie kilka staromodnych róż. Krawędzie różanych rabat obsadzone były lawendą- już przekwitła, ale pomysł świetny. To dopiero musi być symfonia zapachów.
Następnie pokluczyliśmy trochę wśród ogrodów tematycznych. Dobór roślin i ukształtowanie krajobrazu nawiązywało do różnych miejsc na świecie. Pierwszy dyrektor tego ogrodu Adolf Engler chciał odtworzyć "cały świat w jednym ogrodzie." Spacerując po tej części parku trudno nie stwierdzić, że efekt został osiągnięty. Z ciekawszych części są tu część japońska z pagodą, trawiasty step (podobał mi się najbardziej) czy część alpejska. Rabaty są ogromne a rośliny sadzone w dużych grupach, dzięki czemu można rzeczywiście poczuć się jak w danej części świata.
Kolejnym etapem naszej wycieczki były systematyczne nasadzenia roślin w zależności od ich przynależności do rodziny i grupy oraz ogród 'apteczny'. Ten ostatni to skarbnica ciekawostek- ogromne karczochy, passiflora czy małe bagienko w którym sterczały kijeczki będące pozostałością po szaleju jadowitym (tym od cykuty). Na mapie można sprawdzić jakie rośliny używane były przy jakiego rodzaju schorzeniach. A pewne osoby, które chcą w ogrodzie mieć tylko rzeczy jadalne mogły notować i notować ;)
Mijając jeszcze nową część z roślinami wodnymi i porostami, posileni kanapkami, udaliśmy się w stronę szklarni. Są one rzeczywiście ogromne- to piętnaście budynków, na których zwiedzenie potrzeba co najmniej dwóch godzin. Z roślin, które przyciągnęły moją uwagę były oczywiście kawowce (zwyczajowe zdjęcie z kawusią zaliczone :) ), kakaowce czy ogromne bananowce.
Mimo, że zazwyczaj nie przepadam za kaktusiarniami, te tutaj są niezwykle malowniczo zaprojektowane. Jest szklarnia z paprociami, które uwielbiam. Kilka ciekawostek pokazuję na zdjęciach, ale musiałam bardzo brutalnie zredukować ilość zdjęć w tym poście, bo zrobiłam ich milion, tyle było ciekawych kwiatów, roślin czy nawet zwierząt (np. te rybki, które były pierwsze na lądzie- poskoczki mułowe).
Po intensywnym zwiedzaniu szklarni zaczęliśmy wracać- i uciekać przed wielką chmurą burzową. Zajrzeliśmy jeszcze do ogrodu zapachowego i warzywnika, które nie dość, że funkcjonalne, były też bardzo atrakcyjnie obsadzone.
 |
| Dodaj napis |
 |
| Jakoś nigdy nie byłam wielbicielką dalii. Chyba trzeba to zmienić. |
Podsumowując naszą wizytę stwierdzam, że warto. To ogromny, zróżnicowany teren, a szklarnie są atrakcją nie tylko dla wielbicieli roślin. Ogród otwarty jest cały rok (poza Wigilią) i z pewnością ciekawie odwiedzić go w różnych miesiącach.
I tradycyjne pytanie- jaka inspiracja dla nas? Tym razem roślinna- pluskwica. Miłość od pierwszego wejrzenia, na szczęście stosowana w zielarstwie i przyciągająca pszczoły, więc aspekt funkcjonalny jest. Niech no tylko opadnie pył po budowie a w ogrodzie będzie możliwe normalne podlewanie, a od razu zaczynam szukać sadzonek. Może nie tak wielkie kępy jak te w Berlinie (a szkoda, bo robiły wrażenie), ale na pewno znajdzie u nas swój kąt.