Przepis znalazłam u mamy. Pochodzi z gazetki z 1996 roku. Były to moje pierwsze bułeczki, jakie zrobiłam. Miałam 13 lat i byłam z siebie całkiem zadowolona. Z resztą, jak je dziś upiekłam, to też byłam :)
Fajne, delikatne i bardzo maślane.
Jeżeli chodzi o składniki: ostatnio dostałam od szwagra worek mąki. (Publicznie dziękuję Ci Tomaszu, szwagrze Ty mój). Jednak jaka to mąka, nie wiem. Na pewno nie tortowa, bardziej wygląda na poznańską lub coś podobnego.
Składniki:
500 g mąki
50 g drożdży świeżych
50 g cukru
1/8 l mleka
150 g masła
1/2 łyżeczki soli
2 jaja
dodatkowo 50 g rozpuszczonego masła do pieczenia
Mąkę przesiałam do miski, dodałam sól. Drożdże połączyłam z cukrem i dodałam ciepłe mleko. Przykryłam zaczyn ściereczką i odstawiłam na kilka minut, aż zaczęło się mocno pienić. Drożdzę wlałam do mąki i wbiłam jajka. Widelcem połączyłam składniki. (Może i lepiej byłoby wyrobić ciasto dłońmi, jednak ja tym etapie nie lubię brudzić łapek.) Masło rozpuściłam i lekko przestudziłam. Do ciasta dodawałam stopniowo masło i dokładnie wyrobiłam. Przykryłam miskę ściereczką i odstawiłam do wyrośnięcia. Ciasto powinno podwoić swoją objętość.
Po wyrośnięciu rozwałkowałam na grubość około 2 cm i wycinałam krążki o średnicy 3 cm.
Mnie wyszło 30 szt. Przygotowałam dwa naczynia żaroodporne i wlałam na każde rozpuszczone masło.
Na maśle ułożyłam ciasto, niezbyt ciasno, przykryłam i odstawiłam na 15 minut do podrośnięcia. Na zdjęciu poniżej bułeczki są już podrośnięte i gotowe do pieczenia.
Piekłam w 220 stopniach przez 20 minut (grzałka góra- dół bez termoobiegu).
Smacznego!